środa, 24 grudnia 2014

125.


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzymy Wam
spokoju
radości
rodzinnego ciepła
oraz wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Jola i Kamil


piątek, 31 października 2014

124.

Od jakiegoś czasu eksperymentuję z różnymi przepisami bezglutenowymi, bezmlecznymi i bezcukrowymi, aby trochę urozmaicić dietę Kamila. Kamil nie przepada za ciastami, ale babeczki nawet polubił. Robiłam mu kilka razy babeczki marchewkowe (przepis inspirowany zwykłym ciastem marchewkowym) i bardzo mu smakowały. Są miękkie, nie kruszą się, a marchewka jest w ogóle nie wyczuwalna, za to dodaje babeczkom słodkości i wilgotności. 
Dziś natomiast inspirując się tym właśnie przepisem zrobiłam Hallowinowe babeczki migdałowe. Kamil zjadł cztery na raz, zjadłby pewnie więcej, gdybym ich nie schowała na jutro, więc na pewno mu smakowały.  Pomyślałam, że umieszczę tutaj mój przepis, może komuś zasmakuje :-)
 

Babeczki migdałowe 

 



 Składniki

Ø      3 jajka
Ø      3 łyżki ksylitolu
Ø      2 łyżki syropu z agawy
Ø      5 czubatych łyżek mąki migdałowej
Ø      1,5 czubatej łyżki mąki ziemniaczanej
Ø      ok. 50 ml roztopionego oleju kokosowego (lub masła klarowanego)
Ø      ½ łyżeczki proszku do pieczenia (bg)
Ø      ½ łyżeczki sody oczyszczonej
Ø      posiekane migdały

Wykonanie

Oddzielić żółtka od białek. Żółtka zmiksować z ksylitolem na puszystą masę, dodać syrop z agawy, porcjami roztopiony olej kokosowy, wymieszać mikserem. Potem dodać obie mąki, proszek i sodę, wymieszać. Na koniec dodać posiekane migdały i ubitą na sztywno pianę z białek, wymieszać delikatnie łyżką. Nałożyć do foremek na babki do ok. ¾ wysokości. Wierzch babeczek można posypać mielonymi migdałami (ja dodatkowo dziś powtykałam do środka małe pianki mashmallows – to jedyny produkt z cukrem w babeczkach). Piec ok. 20-25 min w 180 stopniach aż babeczki będą brązowe (sprawdzić patyczkiem, czy są  dobrze upieczone). Z tej porcji wychodzi około 10 babeczek.

Jeśli nie macie gotowej mąki migdałowej, można ją zrobić samemu mieląc obrane ze skórki migdały w zwykłym blenderze. Migdały można też zastąpić np. orzechami i wtedy wyjdą babeczki orzechowe. Do środka można dać pokruszone migdały albo w większych kawałkach, jak kto lubi. Można też zrobić wersję czekoladową dodając do ciasta kakao lub karob. Smacznego!

sobota, 25 października 2014

123.


Kamil dostał nowe dorosłe łóżko. Taki już z niego chłopak wyrósł, że ledwie się mieścił w małym, w którym do tej pory spał. Teraz ma dużo miejsca i najwygodniejsze łóżko w całym domu. Niestety od remontu w jego pokoju co noc budzi się i przychodzi do mnie do łóżka. Już nie mam pomysłu, jak go przekonać, żeby spał całą noc w swoim. Raz nawet położyłam się koło niego mając nadzieję, że szybko zaśnie i wtedy wrócę do siebie. Gdzie tam! Wiercił się, kręcił, co kilka minut odwracał się do mnie z uśmiechem od ucha do ucha i ani w głowie mu było spanie. W końcu jak co noc wylądowaliśmy w moim łóżku, gdzie zasnął niemal natychmiast.

Kamis powiedział mi niedawno: Wszyscy w tym domu pracują, tylko ty jesteś leniuchem! Powiedziałam mu, żeby się najpierw zastanowił, kto w tym domu sprząta, gotuje, pierze, prasuje, zmywa, robi zakupy, gotuje...

środa, 17 września 2014

122.


Jutro referendum w Szkocji... My jako rezydenci też mamy prawo do głosowania, dostaliśmy oficjalne karty do głosowania... I mam dylemat, czy w ogóle powinniśmy współdecydować razem ze Szkotami co do ich niepodległości. Bo to nie są jakieś tam wybory na kilka lat, ale decyzja nieodwołalna... Dopiero teraz dociera do mnie ważność takiej decyzji i sama nie wiem, co powinniśmy zrobić. Czy chcemy się związać z tym krajem na dłużej? My mamy wybór, jak będzie nie tak, to zawsze możemy wyjechać... Nie zazdroszczę Szkotom podejmowania takich decyzji...
Ciekawe jak Kamil by zadecydował, gdyby mógł :-) Wczoraj go zapytałam, czy gdybym znalazła pracę w Anglii to chciałby się tam przeprowadzić? Odpowiedział, że nie, bo lubi Szkocję i tutaj chce mieszkać :-) 

18/9/2014

Byliśmy, zagłosowaliśmy... Drugiej szansy na niepodległość Szkocja nie będzie miała...

piątek, 5 września 2014

121.


Polskie i nie tylko, fiksacje Kamila. Zaczęło się jeszcze przed wyjazdem – Kamil pewnego dnia oznajmił, że mam mu więcej nie dawać żadnych posiłków na talerzu ze świnką Peppą, bo nie może na niego patrzeć :-) W sumie mogę zrozumieć, ale podobna akcja była z plakatem z literkami, który już kilka lat wisiał po zewnętrznej stronie drzwi jego pokoju. Nie od razu załapałam, o co chodzi. Kamil nagle zaczął nagminnie zamykać drzwi od swojego pokoju, ok, pomyślałam, że może chłopak dorasta i chce mieć trochę spokoju od rodziców... Taaa :-) Zauważyłam, że dziwnie siedzi przy biurku, przechylony i z jednym okiem przymkniętym, taki powykręcany, a jak go zapytałam, czemu tak siedzi, to w końcu okazało się, że nie chce patrzeć na ten plakat :-) Plakat został zdjęty i schowany do zabrania dla mojego siostrzeńca, ale zamykanie drzwi pozostało...
Wodę Żywiec z powodu Kamila zaczęliśmy omijać szerokim łukiem :-) Jest tam pod napisem takie małe zdjęcie, dopóki był to założyciel fabryki czy coś podobnego było wszystko w porządku. Zaczęło się, gdy Darek powiedział Kamilowi, że to jest cesarz Franciszek Józef, Kamil stwierdził, że nie może na niego patrzeć i mamy zabrać tę butelkę. Niby nic, ale to była fajna litrowa butelka z dziubkiem do picia wygodnym dla Kamila, więc nie chcieliśmy się jej pozbywać, tym bardziej, że byliśmy na wsi, a w najbliższej okolicy nie było żadnego sklepu. Najpierw zamalowałam cesarza :-) Niestety marker nie był chyba permanentny, bo zmył się dość szybko. W końcu zerwałam całą naklejkę i problem został na szczęście rozwiązany. Potem już wybieraliśmy wody innych marek :-) W domu próbowałam dociec, czemu Kamil nie lubi tego cesarza :-) Żartowaliśmy, że cały pokój obkleimy jego zdjęciami i wszędzie będą jego podobizny. Poszukaliśmy w internecie informacji, dlaczego akurat cesarz Franciszek znalazł się na wodzie Żywiec, Kamil kazał sobie wydrukować etykietę i powiesić przy biurku, tak przetrwała całą noc, a rano zaraz po przebudzeniu zarządził: zabierz to!

czwartek, 21 sierpnia 2014

120.

Wracam jeszcze na chwilę do naszego wyjazdu do Polski. Był on inny, przede wszystkim dla Kamila. Nie było krzyków i wrzasków, jak rok temu, najpierw, że chce wracać do Szkocji, a potem, że chce zostać w Polsce i pytania przez kolejne kilka tygodni, kiedy znów pojedziemy do Polski. Jeszcze przed wyjazdem oznajmił, że chce jeździć do Polski tylko jako gość, bo jego dom jest w Szkocji... A jak go zapytałam, gdzie chciałby mieszkać, w Polsce czy w Szkocji, to wybrał Szkocję... Trudno mu się dziwić, w końcu tutaj z niemowlaczka zmienił się w chłopaczka, a teraz już całkiem dużego chłopa :-) To tutaj ma swój pokój, swoje łóżko, swoje zabawki, książki, szkołę. To miasto zna najlepiej, bo Polskę zna tylko z naszych krótkich, niezbyt częstych wyjazdów. Mam takie marzenie, żeby kiedyś kupić sobie w Polsce małe mieszkanko, żebyśmy mogli przyjeżdżać do siebie, a nie do kogoś, może wtedy przyjeżdżalibyśmy częściej i Kamil bardziej poczułby, że w Polsce też ma swoje miejsce... Ciekawe, co wtedy by wybrał... Ale to na razie sfera mało realna.

środa, 13 sierpnia 2014

119.


Już po urlopie, już po wakacjach, dziś Kamil był pierwszy dzień szkole.
Wróciliśmy w piątek wieczorem po kilku perturbacjach lotniskowych. Pierwszy raz lecieliśmy z warszawskiego lotniska Chopina i jeśli nie będzie to konieczność, to zamierzamy omijać to lotnisko szerokim łukiem, bo to zdecydowanie nie jest miejsce dla nadwrażliwego autysty, tłum ludzi, hałas, kolejki, opóźnienia. Pierwszy problem pojawił się, gdy zamawialiśmy taksówkę na lotnisko (naiwnie założyłam, że tak jak u nas przyjedzie w 5 minut), okazało się, że trzeba czekać około 15 minut. Na szczęście mieliśmy nieco nadmiaru czasu, więc nie było paniki, czy zdążymy. Gdy po 15 minutach taksówki wciąż nie było, nieco się zaniepokoiliśmy, bo zostało nam około godziny do zamknięcia bramek, a co będzie, jak po drodze będą korki albo kolejka do odprawy, w końcu to duże lotnisko i co kilka minut startuje jakiś samolot. Próbowałam dodzwonić się do firmy taksówkowej, ale wciąż było niedostępne, w końcu zamówiłam kolejną taksówkę z innej korporacji. I tutaj znów problem, bo nie mam polskiego numeru telefonu i pani nie może do mnie oddzwonić, wkurzyłam się i mówię, ża natychmiast potrzebuję taksówki na lotnisko! Nie rozumiem, co to za problem, z jakiego telefonu dzwonię, czy każdy, kto chce zamówić taksówkę, musi mieć polski telefon?! W końcu przyjęła zamówienie i taksówka miała być do 10 minut. Mieliśmy już około pół godziny opóźnienia. Nagle pojawiła się ta pierwsza taksówka i okazało się, że czeka już około 15 minut, ale pod innym numerem, my staliśmy pod 2A, a ona czekała pod 2. Zapakowaliśmy się szybko, odwołałam jeszcze tę drugą już jadącą w naszym kierunku taksówkę i pojechaliśmy wreszcie. Na szczęście nie było korków, więc na lotnisku byliśmy około pół godziny przed zamknięciem bramek. Kolejek dużych nie było, więc szybko przeszliśmy przez kontrolę bagażową i spokojniejsi (oprócz mnie :-) poszliśmy w kierunku naszej bramki. Niestety okazało się, że nasz samolot jest pół godziny opóźniony (inne samoloty też były opóźnione, ludzie zdenerowowani czekający na lotnisku nawet kilka godzin), więc nie zostawało nic innego jak czekać. Od ostatniej akcji histerycznej Kamila na lotnisku kupujemy zawsze pierwszeństwo wejścia na pokład, więc przynajmniej nie musieliśmy pilnować swojej kolejki w tłumie pasażerów, tylko usiedliśmy sobie w spokojniejszym miejscu. Po około pół godzinie wreszcie otworzyli bramki, niestety w autobusie do samolotu okazało się, że jest kolejne 20 minutowe opóźnienie z powodu dużego ruchu na lotnisku i kolejne czekanie. Kamil poznał młodszego kolegę i nawet fajnie sobie rozmawiali, więc na szczęście się nie nudził i jakoś przetrwaliśmy. Wystartowaliśmy z około godzinnym opóźnieniem. Gdzieś w połowie lotu pilot nas poinformował, że opóźnienie było spowodowane wypadkiem podczas lądowania w Warszawie, ponieważ samolot zderzył się z ptakiem i konieczne były dokładne oględziny samolotu. Dobrze, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo mój stres wzrósłby jeszcze bardziej. Dalej nie było już żadnych niespodzianek i szczęśliwie, choć z mocnym uderzeniem, wylądowaliśmy w Szkocji. Kamil w czasie całej podróży był super, no może poza opowiadaniem głupot poznanemu koledze o spadającym samolocie, kosmitach, wybuchających wulkanach i tym podobnych rzeczach :-)

Kilka dni przed powrotem do Szkocji dostałam niespodziewanie zaproszenie na rozmowę w sprawie pracy z ogłoszenia wysłanego pod koniec czerwca, które uznałam już za nieudane, więc cały weekend przygotowywałam się do niej i nawet nie miałam czasu odpocząć. Rozmowę miałam wczoraj, ale jeszcze nie znam wyniku. Było dość luzacko, więc trudno powiedzieć, jak wypadłam, przedstawiłam prezentację swoich wyników, mało mnie ogólnie wypytywali, wszystko trwało około pół godziny, okazało się, że ten lab współpracuje z moim pierwszym szefem, a także znają mojego drugiego szefa, ale czy to będzie dla mnie na plus, to się okaże. Ale miejsce do pracy fajne, nowoczesny budynek, duże przestrzenie, dojazd z domu tylko około 15 minut, prawie w samym centrum.

Dopiero dziś miałam trochę czasu na odpoczynek, do tego zakupy do szkoły dla Kamila, bo tak w te wakacje przytył, że żadne spodnie na niego nie pasują! Od rana do wieczora: co ja mogę zjeść?? I bynajmniej nie chodziło mu o standardowe posiłki.