czwartek, 21 sierpnia 2014
120.
Wracam
jeszcze na chwilę do naszego wyjazdu do Polski. Był on inny, przede wszystkim
dla Kamila. Nie było krzyków i wrzasków, jak rok temu, najpierw, że chce wracać
do Szkocji, a potem, że chce zostać w Polsce i pytania przez kolejne kilka
tygodni, kiedy znów pojedziemy do Polski. Jeszcze przed wyjazdem oznajmił, że
chce jeździć do Polski tylko jako gość, bo jego dom jest w Szkocji... A jak go
zapytałam, gdzie chciałby mieszkać, w Polsce czy w Szkocji, to wybrał
Szkocję... Trudno mu się dziwić, w końcu tutaj z niemowlaczka zmienił się w
chłopaczka, a teraz już całkiem dużego chłopa :-) To tutaj ma swój pokój, swoje
łóżko, swoje zabawki, książki, szkołę. To miasto zna najlepiej, bo Polskę zna
tylko z naszych krótkich, niezbyt częstych wyjazdów. Mam takie marzenie, żeby
kiedyś kupić sobie w Polsce małe mieszkanko, żebyśmy mogli przyjeżdżać do
siebie, a nie do kogoś, może wtedy przyjeżdżalibyśmy częściej i Kamil bardziej
poczułby, że w Polsce też ma swoje miejsce... Ciekawe, co wtedy by wybrał...
Ale to na razie sfera mało realna.
środa, 13 sierpnia 2014
119.
Już po urlopie, już
po wakacjach, dziś Kamil był pierwszy dzień szkole.
Wróciliśmy w piątek
wieczorem po kilku perturbacjach lotniskowych. Pierwszy raz lecieliśmy z
warszawskiego lotniska Chopina i jeśli nie będzie to konieczność, to zamierzamy
omijać to lotnisko szerokim łukiem, bo to zdecydowanie nie jest miejsce dla
nadwrażliwego autysty, tłum ludzi, hałas, kolejki, opóźnienia. Pierwszy problem
pojawił się, gdy zamawialiśmy taksówkę na lotnisko (naiwnie założyłam, że tak
jak u nas przyjedzie w 5 minut), okazało się, że trzeba czekać około 15 minut.
Na szczęście mieliśmy nieco nadmiaru czasu, więc nie było paniki, czy zdążymy.
Gdy po 15 minutach taksówki wciąż nie było, nieco się zaniepokoiliśmy, bo
zostało nam około godziny do zamknięcia bramek, a co będzie, jak po drodze będą
korki albo kolejka do odprawy, w końcu to duże lotnisko i co kilka minut
startuje jakiś samolot. Próbowałam dodzwonić się do firmy taksówkowej, ale
wciąż było niedostępne, w końcu zamówiłam kolejną taksówkę z innej korporacji.
I tutaj znów problem, bo nie mam polskiego numeru telefonu i pani nie może do
mnie oddzwonić, wkurzyłam się i mówię, ża natychmiast potrzebuję taksówki na
lotnisko! Nie rozumiem, co to za problem, z jakiego telefonu dzwonię, czy
każdy, kto chce zamówić taksówkę, musi mieć polski telefon?! W końcu przyjęła
zamówienie i taksówka miała być do 10 minut. Mieliśmy już około pół godziny
opóźnienia. Nagle pojawiła się ta pierwsza taksówka i okazało się, że czeka już
około 15 minut, ale pod innym numerem, my staliśmy pod 2A, a ona czekała pod 2.
Zapakowaliśmy się szybko, odwołałam jeszcze tę drugą już jadącą w naszym
kierunku taksówkę i pojechaliśmy wreszcie. Na szczęście nie było korków, więc
na lotnisku byliśmy około pół godziny przed zamknięciem bramek. Kolejek dużych nie
było, więc szybko przeszliśmy przez kontrolę bagażową i spokojniejsi (oprócz
mnie :-) poszliśmy w kierunku naszej bramki. Niestety okazało się, że nasz
samolot jest pół godziny opóźniony (inne samoloty też były opóźnione, ludzie
zdenerowowani czekający na lotnisku nawet kilka godzin), więc nie zostawało nic
innego jak czekać. Od ostatniej akcji histerycznej Kamila na lotnisku kupujemy
zawsze pierwszeństwo wejścia na pokład, więc przynajmniej nie musieliśmy
pilnować swojej kolejki w tłumie pasażerów, tylko usiedliśmy sobie w
spokojniejszym miejscu. Po około pół godzinie wreszcie otworzyli bramki,
niestety w autobusie do samolotu okazało się, że jest kolejne 20 minutowe
opóźnienie z powodu dużego ruchu na lotnisku i kolejne czekanie. Kamil poznał
młodszego kolegę i nawet fajnie sobie rozmawiali, więc na szczęście się nie
nudził i jakoś przetrwaliśmy. Wystartowaliśmy z około godzinnym opóźnieniem.
Gdzieś w połowie lotu pilot nas poinformował, że opóźnienie było spowodowane
wypadkiem podczas lądowania w Warszawie, ponieważ samolot zderzył się z ptakiem
i konieczne były dokładne oględziny samolotu. Dobrze, że nie wiedziałam o tym
wcześniej, bo mój stres wzrósłby jeszcze bardziej. Dalej nie było już żadnych
niespodzianek i szczęśliwie, choć z mocnym uderzeniem, wylądowaliśmy w Szkocji.
Kamil w czasie całej podróży był super, no może poza opowiadaniem głupot
poznanemu koledze o spadającym samolocie, kosmitach, wybuchających wulkanach i
tym podobnych rzeczach :-)
Kilka dni przed
powrotem do Szkocji dostałam niespodziewanie zaproszenie na rozmowę w sprawie
pracy z ogłoszenia wysłanego pod koniec czerwca, które uznałam już za nieudane,
więc cały weekend przygotowywałam się do niej i nawet nie miałam czasu odpocząć.
Rozmowę miałam wczoraj, ale jeszcze nie znam wyniku. Było dość luzacko, więc
trudno powiedzieć, jak wypadłam, przedstawiłam prezentację swoich wyników, mało
mnie ogólnie wypytywali, wszystko trwało około pół godziny, okazało się, że ten
lab współpracuje z moim pierwszym szefem, a także znają mojego drugiego szefa,
ale czy to będzie dla mnie na plus, to się okaże. Ale miejsce do pracy fajne,
nowoczesny budynek, duże przestrzenie, dojazd z domu tylko około 15 minut,
prawie w samym centrum.
wtorek, 29 lipca 2014
118.
Pozdrowienia z wakacji w Polsce :-) Odwiedzilismy stolicę i nawet udalo nam się dotrzeć na Stare Miasto. Potem spedzilismy 3 dni na Slasku, spotkalismy się z naszą pania Ola w Opolu, a jutro jedziemy wyciszac sie na
podrzeszowska wieś :-)
Kamil daje rade, choc nie obylo sie bez kilku akcji, ale ogolnie nie jest źle. To tak krótko, bo piszę z tableta, a to nie jest zbyt wygodne.
Pozdrawiamy wakacyjnie!
podrzeszowska wieś :-)
Kamil daje rade, choc nie obylo sie bez kilku akcji, ale ogolnie nie jest źle. To tak krótko, bo piszę z tableta, a to nie jest zbyt wygodne.
Pozdrawiamy wakacyjnie!
piątek, 13 czerwca 2014
117.
Milczę, bo jakoś
weny brak, bo czasami dołowato jest, teraz też nie wiem, o czym pisać...
Jesteśmy, idziemy jakoś do przodu, raz lepiej, raz gorzej. Ostatnio mam mniej
wolnego, bo zajmuję się moim siostrzeńcem trzy razy w tygodniu, ale może to i
lepiej, bo nie mam czasu myśleć o głupotach. Jakaś stagnacja mnie dopadła i
czekam na jakieś pozytywne zmiany. Miałam nadzieję (choć nikłą) na pozytywny
wynik egzaminu na prawo jazdy, ale niestety nie udało się. Z pracą też kiepsko
i sama nie wiem, co mam dalej robić, im dłuższa przerwa (a po wakacjach będzie
już rok), tym trudniej będzie potem wrócić do zawodu.
W tym tygodniu
zakończyliśmy terapię Johansena, nasz tarapeuta stwierdził, że terapia
przyniosła oczekiwane rezultaty, bo wyniki badania słuchu Kamila są super.
Zaproponował nam terapię INPP, ale nawet nie bardzo wiem, co to jest, muszę
poczytać i zastanowić się, czy warto.
Za półtora tygodnia
wakacje, Kamil już się nie może doczekać, my trochę mniej, tym bardziej, że 2
razy w tygodniu do południa będzie u nas mój siostrzeniec, a Kamil niezbyt
dobrze na niego reaguje, oj, ciężki będzie ten lipiec.
Potem, pod koniec
lipca lecimy do Polski i planujemy spędzić go w większości na wsi, mając
nadzieję na wyciszenie nie tylko Kamisia, ale także nasze. I oby nie było
tropikalnych upałów, bo nie wiem, jak nasze organizmy to zniosą. Mamy też
zaplanowane spotkanie z naszą terapeutką z Prodeste, która pierwszy raz zobaczy
Kamila na żywo :-)
sobota, 19 kwietnia 2014
środa, 9 kwietnia 2014
115.
Z rozmów z Kamilem:
-
A czy Pan Jezus po
jaskini poszedł do nieba? – zapytał Kamil. Na religii w szkole robili wieniec
Wielkanocny ze scenkami świątecznymi.
-
Tak, wrócił do domu
swojego Ojca – odpowiedział mu tata.
-
A czy to taki dom
kupny czy wynajęty?
* * *
-
Ja już nie pójdę do
cichego pokoju - oznajmił Kamil wczoraj
po kąpieli.
-
No, mam nadzieję, że
będziesz teraz grzeczny – odpowiedziałam.
-
Tak, bo im starszy,
tym mądrzejszy.
środa, 2 kwietnia 2014
114.
Dziś dzień autyzmu,
świadomości, wiedzy. W polskich mediach, na blogach sporo informacji, spotkań,
akcji, a tutaj u nas cicho, spokojnie. Myślę tak sobie. Nie znam osobiście
polskich realiów życia z dzieckiem niepełnosprawnym, bo gdy wyjeżdżaliśmy z
Polski autyzm jeszcze nie istniał w naszym życiu, znam jedynie z blogów,
artykułów, for i nie jest to fajny obraz, ciagła walka o wszystko, nawet często
o najzwyklejsze godne życie, o terapie, edukację, bieganie po urzędach,
komisjach, strach o to, czy dziecko dostanie nadal orzeczenie, czy może już
jest „wyleczone”, bo dzięki terapii funkcjonuje całkiem dobrze, masa papierków,
dokumentów.
Tutaj u nas jest po
prostu spokój, nie trzeba nigdzie biegać, załatwiać co rok nowe orzeczenia, od
diagnozy 2 lata temu w zasadzie nic się nie dzieje. Orzeczenie o
niepełnosprawności zostało przyznane na 3 lata jeszcze nawet przed oficjalną
diagnozą, formularz wypełniłam w domu, wysłałam pocztą, miałam jedną krótką
rozmowę telefoniczną z panią z urzędu, decyzja przyszła też pocztą, nie musiałam
stawiać się na żadne komisje, nie widziałam na oczy żadnego urzędnika, nikt mnie w
domu nie odwiedzał, żeby sprawdzać, jak mieszkam ani czy to, co napisałam, jest
prawdą.
System jest tak
skonstruowany, że przynajmniej w przypadku dzieci, jest zapewniona odpowiednia
szkoła, nawet dla dzieci bardziej zaburzonych, system świadczeń zapewnia godne
życie nawet dla rodzica, który decyduje się na rezygnację z pracy, wprawdzie
zasiłek opiekuńczy jest dość niski, ale drugie tyle można sobie dopracować, do tego
są świadczenia pielęgnacyjne na przyzwoitym poziomie (stopniowane zależnie od
poziomu niepełnopsrawności) całkowicie niezależne od dochodu, różne dodatki
(np. coś w rodzaju zniżki podatkowej dla mniej zarabiających, warunkiem jest, że
jeden rodzic pracuje), dopłaty do kosztów utrzymania mieszkania, darmowe
przejazdy komunikacja miejską i pociągami, i kilka jeszcze innych rzeczy.
Finansowo nie można narzekać, jedynie czego mi brakuje, to porządnej terapii i
rehabilitacji. Specjaliści są głównie od doradzania, przynajmniej w przypadku
dzieci autystycznych (nie wiem, jak to jest w przypadku dzieci leżących i
ciężko chorych, które wymagają 24 godzinnej opieki i pielęgnacji), jeśli nawet
prowadzą jakieś terapie to są to bloki np. 6-tygodniowe 1 godzina w tygodniu
(Kamil miał jeden taki blok terapii zajęciowej na początku diagnozowania, potem
dostaliśmy kilkanaście ćwiczeń do domu, plik ulotek i tyle), zaraz po diagnozie
specjaliści stwierdzili, że nie są już potrzebni i nas wypisali. Jedyną formę
terapii, jaką dziecko tutaj ma, zapewnia szkoła. Szkoły specjalne mają znacznie
większe możliwości, bo na miejscu jest psycholog, pedagog, logopeda, natomiast
szkoła, do której chodzi Kamil, jest taką szkołą pół-specjalną, czyli mieści
się w budynku zwykłej szkoły, ale ma oddzielne wejście i klasy i jest częściowo
niezależna, klasy mają tylko około 6 uczniów i 2 nauczycieli, ale np. lunch
jedzą na wspólnej jadalni, są wspólne imprezy, dzieci ze zwykłej szkoły
przychodzą do nich czytać im książki, jest pewna integracja dzieci zdrowych z
niepełnosprawnymi. Prywatnie jest sporo ośrodków, stowarzyszeń, są wyjazdy
wakacyjne specjalnie dla autystów, fundacje pomagające rodzinom z dziećmi
niepełnosprawnymi, nawet terapie, ale nie wszędzie jest do nich dostęp i są
stosunkowo drogie. Ogólnie mam wrażnie, że tutaj autyzm to autym, nic się z tym
nie da zrobić i trzeba nauczyć się z nim żyć. Ale samo życie jest
spokojniejsze, nie ma tej ciągłej walki, stresu, gonitwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
